Trochę soli , szczypta pieprzu... ciut słodyczy i goryczy.... wszystko w domu wymieszane, nuda, miłość i gadanie.... może wyjdzie,może nie... tak czy owak bliżej poznacie mnie! przedstawiam Wam królestwo moje, na norweskich wodach postawione....

wtorek, 22 listopada 2016

07.11.2016

Po cudownym okresie 9 miesięcy i niezwykle trudnym porodzie na świecie pojawił się nasz największy skarb Tymoteusz....
Pod sercem moim wypieszczony,nie miał ochoty udać się w swoją pierwszą poważną podróż,dlatego lekarze musieli mu pomóc przywitać się z nami i światem,który tak bardzo na niego czekał.
 W piątek zostałam skierowana do szpitala na indukcję porodową.
Pierwsze wrażenia były super! Zostaliśmy umieszczeni w tzw hotelu,gdzie spędziłam pierwszą noc...
Prawda jest taka,że ciężko było mi się wyspać,bo wiedziałam co mnie za chwilę czeka....a ekscytacja mieszała się z lekkim strachem przed nieznanym.
Wywoływanie porodu w Norwegii jest jedną wielką procedurą,której wszyscy ściśle się trzymają.
Najpierw podaje się kobiecie tabletkę dopochwowo,a potem przez kolejne dwa dni,co dwie godziny doustnie( maksymalnie można łyknąć 12 tabletek).....Następnie zakładany jest balonik i przebijane są wody płodowe.....a potem podłączają nas pod kroplówkę ( zarówno tabletki jak i kroplówka to oksytocyna).
Zatem cały weekend łykałam tabletki i starałam się dzielnie znosić nasilające się skurcze. W sobotę ulgę przynosił mi lekki ruch oraz zastrzyk i tabletki przeciwbólowe,które dostałam na ,,sen,,.
W niedzielę do południa moczyłam się w wannie i woda faktycznie pomaga,ale tylko do pewnego momentu.....po południu zdecydowałam się na znieczulenie zewnątrzoponowe (epidural),które poza moim L. (w tamtym momencie) wydawało się być jedynym moim przyjacielem.
W poniedziałek przy końcówce porodu,lekarz wykonał usg i okazało się,że Tymek jest ułożony twarzyczkowo( dlaczego nikt tego nie spr wcześniej? Nie wiem)....położne kazały przyjmować mi różne pozycje podczas już k.....silnych skurczów, które miały zmienić jego położenie....niestety,nic to nie dało. Przy pełnym rozwarciu, po trzech dniach męczarni....byłam już zmęczona bólem i nie miałam siły. Miałam wrażenie,że jestem na pół przytomna.....lekarz ponownie wykonał usg i okazało się,że Tymek nie zmienił swej pozycji i lekarze zadecydowali o wykonaniu cesarskiego cięcia.
Płakałam ze szczęścia jak położyli mnie na stole operacyjnym,a koszmarny ból całego ciała zamienił się w odrętwienie......
Parę minut później ujrzeliśmy swojego szkraba, jednocześnie mówiąc do siebie: ,, jaki on śliczny,,
Chwilę później mój L zniknął z Tymkiem za wielkimi drzwiami....poszli się mierzyć,ważyć i kangurować :)....podczas,gdy mnie kończyli zszywać.....
Tymoteusz mierzył 54cm i ważył 4174g....
Już wtedy byłam bardzo spokojna. Pamiętam,że trzęsłam się z zimna,a po policzkach płynęły mi łzy szczęścia i ulgi,że koszmarny poród się skończył i na świecie jest nasze zdrowe,piękne dziecko.
Dwie godziny później wszyscy spotkaliśmy się na sali pooperacyjnej....nie mogłam się ruszać,milion kabelków miałam podłączonych do swojego ciała...nawet nie wiem gdzie,nie mogłam przytulić synka....byłam wykończona,ale bardzo szczęśliwa.
Przez ciężki poród zakończony cesarskim cięciem nie mogliśmy skorzystać z hotelu do którego po porodzie trafiają mamy z maluchami....musieliśmy zostać na oddziale i być pod stałą opieką lekarzy...wiązało się to również z nieco gorszymi warunkami,bo przez cały tydzień dzieliłam z kimś pokój.....przeważnie trafiały do mnie młode mamy tuż po porodzie na parę godzin i później je gdzieś przenosili....tylko ja tam ciągle byłam.
Jestem mile zaskoczona opieką jaką nas wszyscy w szpitalu po porodzie obdarzyli....niczego nam nie brakowało i każdy chętnie nam pomagał.
Nawet mieliśmy fory co do odwiedzin....:)
11.11.16 w piątek wyszliśmy do domu! I teraz każdego dnia uczymy się siebie nawzajem.
Nie jest łatwo,bo mały ma niezły głosik.....ale w końcu wypracujemy swój rytm dnia i będzie dobrze!
Jestem szczęśliwą i spełnioną kobietą! Jestem mamą!


Hotel, w którym spędziłam pierwszą noc




Z ktg nie rozstawałam się przez cały weekend


Jedzenie w norweskim szpitalu jest dobre....

Sala na porodówce w której spędziłam 67 godzin.





Mój L. nie odstępował mnie na krok



moje porodowe pomoce....





oraz nasze cudowne dziecko!!!


do napisania!

P.S. Nie chcę rezygnować z pisania bloga....bo jest on dla mnie ważną pamiątką.
Często wracam do różnych wspomnień,które są już tu zapisane.
Jednak narazie nie mam za bardzo czasu....jestem pochłonięta swoją nową rolą.....ale obiecuję!
W każdej wolnej chwili coś napisać!

4 komentarze: