Trochę soli , szczypta pieprzu... ciut słodyczy i goryczy.... wszystko w domu wymieszane, nuda, miłość i gadanie.... może wyjdzie,może nie... tak czy owak bliżej poznacie mnie! przedstawiam Wam królestwo moje, na norweskich wodach postawione....

poniedziałek, 14 grudnia 2015

GRØTFEST

Julebord to firmowa,bożonarodzeniowa impreza świąteczna organizowana przez pracodawców dla pracowników.  Jest to wspólna kolacja na której przeważnie spożywa się tradycyjne,norweskie dania. Można się spotkać,zintegrować,poznać i wspólnie pośmiać.
U mnie w pracy impreza ta nazywa się grøtfest.....i poza tradycyjnym ryżem z cynamonem....nie jemy żadnych innych tradycyjnych potraw. Być może dlatego,że na co dzień menu mojej restauracji właśnie na tradycji się opiera.
....Przyznam,że przez parę lat nie chodziłam na tą imprezę. W okresie bożonarodzeniowym moja knajpa pracuje pełną parą....organizując julebord innym.....i zawsze pracy jest mnóstwo....dlatego w wolny dzień wolałam siedzieć w domu niż iść  do pracy ( bo ta impreza odbywa się u nas w restauracji)....
 Dziś jednak,nie żałuję,bo wczoraj było bardzo sympatycznie. Ogromnym plusem tej uroczystości jest to,że każdy może przyjść z rodziną ( mężem,chłopakiem,dziećmi) co powoduje,że atmosfera jest bardzo ciepła i rodzinna.
Wyprasowałam mojemu L. koszulę,sobie sukienkę i wystrojeni pojechaliśmy ....umawiając się w aucie,że posiedzimy max dwie godzinki,a potem zrobimy angielskie wyjście.
  Od progu,z wielkim uśmiechem na buzi przywitała nas Cathrine (moja szefowa) oraz jej rodzice.
Następnie padło jedno krótkie pytanie: Kto jest kierowcą? .....oczywiście byłam nim ja....
Mój L. dostał lampkę szampana nalanego z wielkiej butli,a ja lampkę pysznego soku jabłkowego.
I tak z szampanem w ręku staliśmy i witaliśmy się z każdym kto przychodził do bistro.
Moja szefowa błyszczała otaczając nas swoją serdecznością i życzliwością.
Kiedy wszyscy już się zebraliśmy i kiedy każdy skończył pić swojego powitalnego drinka,
Cathrine zaprosiła nas do stołu......który był dosłownie obsypany pysznymi cukierkami.

 Na szwedzkim stole znaleźć można było różne,pyszne przekąski,czyli finger food.....
Nagrzeszyliśmy i pojedliśmy,ale było tak smacznie,że grzechem również byłoby nie spróbować.


A do picia....wedle życzenia!.........na stołach  królowało wino oraz piwo.
Cathrine wprowadziła do swojego grøtfest małą tradycję.
Julekalendar....
Każdy kto bierze udział w świątecznej imprezie ma przynieść ze sobą prezent do 50 kr....później następuje losowanie i każdy spośród wielu prezentów wybiera......w ten sposób prezent dostaje każdy,również Ci,którzy z nami nie pracują. :)

Mój L. jak zwykle miał szczęście i wylosował super otwieracz do butelek....który na pewno nam się bardzo przyda.


Ja wylosowałam tablicę,na której mogę umieszczać info do mojego L.....( mój L. miał więcej szczęścia)....:)


Cathrine zrobiła również mały konkurs,dzieląc nas wszystkich na 5 grup....Każda grupa dostała zestaw pytań,na które musiała we wskazanym czasie odpowiedzieć.
Wśród pytań znalazły się między innymi:
Jakie imiona noszą renifery Świętego Mikołaja?
W którym roku został zburzony mur berliński?
Jakie imiona noszą królowie,którzy przynoszą Jezusowi dary? (nikt u mnie,ani w grupie mojegoL...poza nami oczywiście nie znał odpowiedzi na to pytanie)
i wiele wiele innych.....
Było również jedzenie jajka niespodzianki na czas....jeden przedstawiciel z grupy musiał jak najszybciej połknąć czekoladę i złożyć zabawkę....
Zwycięska grupa otrzymała medale z mlecznej czekolady. :)




 Po konkursie wszyscy pracownicy dostali od Cathrine małe,świąteczne upominki....


W ten sposób,po czterech godzinach ,najedzeni,opici i obdarowani,wróciliśmy do domu.



Było nam bardzo miło spędzić w ten sposób niedzielne popołudnie.


I muszę przyznać,że moja szefowa zna się i potrafi organizować klawe imprezy.
do napisania!




niedziela, 6 grudnia 2015

NA DOBRY POCZĄTEK....

Dziś są Mikołajki.....zapach Świąt czuć w powietrzu coraz bardziej. Ludzie mimo zimna na dworze stają się bardziej ciepli i przyjaźni. Każdy pośpiesznie kończy pracę,by móc planować najpięknieszy czas w roku.
Ciepłe uśmiechy, pomoc i serdeczność na ulicach widać i czuć.
Wystrój naszego domu w tym roku ( jak na moje zwariowane możliwości ) jest skromny i został wykonany dopiero teraz.
W zeszłym roku było bogato i  kolorowo :  wystrój świąteczny z zeszłego roku ....teraz zamierzam ten czas celebrować we właściwym czasie i we właściwym miejscu,czyli w naszym rodzinnym domu.
...Moment wyjazdu zbliża się bardzo szybko.
Do tego czasu zapraszam na vlogmasy ( vlogmas to filmiki o tematyce Świąt).....


Do napisania !!!

wtorek, 1 grudnia 2015

LISTOPAD

Oficjalnie rozpoczęliśmy odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia (!!!) oraz wyjazdu do domu,już za osiemnaście dni.
Zapraszam Was na podsumowanie listopada,miesiąca długiego,szarego,ciemnego,wietrznego i deszczowego, choć jego początek był wyjątkowo ciepły oraz rodzinny. W pierwszy weekend wybraliśmy się do Polski na  60-te urodziny taty mojego L.


Zaliczyliśmy krótką pauze w stolicy,a następnie pendolino pojechaliśmy do Wrocławia.


Pobyt w domu był wyjątkowo krótki(bo trwał niecałe trzy dni),ale bardzo intensywny.
W ciągu tych paru chwil zdążyłam zrobić więcej niż przez resztę miesiąca tutaj.
Wiadomo....WROCLOVE
W niedzielę wybrałam się do kina na głośny film
,,Obce niebo,,.
Bardzo chciałam zobaczyć tą produkcję,gdyż przedstawiona w niej sytuacja jakoś tak pośrednio jest mi znana.Tyle się o tym tutaj słyszy.Jest to kameralne kino. Świat w nim przedstawiony idealnie odwzorowuje Skandynawię....Cały film jest zimny,wbrew pozorom cichy oraz pozbawiony emocji.
Zmęczeni ludzie w szarej rzeczywistości bogatego kraju z pięknymi krajobrazami.
Polska rodzina,która pojechała do raju,a znalazła się w piekle.




BODY WORLDS

WOW......co to była za wystawa.
Każdy,absolutnie każdy mając możliwość jej zobaczenia,powinien to zrobić.
Absolutnie unikalna i wyjątkowa ekspozycja na temat budowy ludzkiego ciała.
Powiedzenie,że jesteś tym co jesz i tym jak żyjesz....nabiera nowego,innego znaczenia.
W wystawie zostały wykorzystane prawdziwe ciała ludzi,którzy po śmierci zgodzili się oddać nauce.





Popołudniowe grzeszki z moją mamą....



KABARET MORALNEGO NIEPOKOJU

Na kabaret zabrała mnie mama mojego L. do pięknego Capitolu.
Co to był za wieczór.....pełen dobrego humoru :).
Kabarety na żywo ogląda się zupełnie inaczej niż w telewizji.
Tytuł przedstawienia to:
,,Jerzyk dzisiaj nie pije.,,



Po powrocie do Norwegii,oddaliśmy się znów naszym codziennym obowiązkom....równo dzieląc je między domem,a pracą.
W naszym domu pojawiło się nowe jacuzzi.....które będzie stało na zewnątrz.










Było też dobre ciasteczko,które w porywach łakomstwa jakoś tak się upiekło.


Tak spędzaliśmy weekendy....leniwie na kanapie.


W czasie długich,leniwych i chłodnych
 wieczorów  towarzyszyła nam napalona koza.


A żegnając listopad,zorganizowaliśmy w domu dość sporą imprezę.
Ostatnio imprezy zeszły na dalszy plan,dlatego ta była wyjątkowo głośna i udana.




I to wszystko.
Przed nami ostatni miesiąc i podsumowanie roku....
do napisania! :)

niedziela, 29 listopada 2015

NIE CHCE MI SIĘ!

Jak ja dobrze to znam!
Nie chce mi się,to chyba moje ulubione zdanie w okresie jesienno-zimowym.
Wraz z pięknym,ciepłym słońcem,odchodzi moja energia....a przychodzi niczym wielka deszczowa chmura...jedno,wyjątkowo paskudne zdanie: NIE CHCE MI SIĘ!
Cholera człowieka strzela,bo chciałoby się tak chcieć i coś zrobić...tylko co,skoro taka niechęć i nuda!
Siedzę nabzdyczona,kwękam i stękam: nudzi mi się!
A z tyłu głowy od razu coś mi szepcze....to się rozbierz i popilnuj ubrania! Jakby głos przeszłości uderzył w moją nijaką codzienność. Krzywię się niemiłosiernie i mimo że mi się tak bardzo nie chce,to się mobilizuję,wstaję i zaczynam coś robić........bo trzeba coś robić.
Filozofuję? 
Może trochę,ale z tej nudnej,byle jakiej niechęci....wyszło całkiem fajne,wspólne zajęcie.
 Bo ile można się gapić w głupi,pudełkowy,przerysowany świat pokazujący coraz więcej bzdurnych programów?





Wystarczyło przygotować odpowiednie miejsce pracy do artystycznych emocji...
usiąść na ziemi,po turecku i wziąć do ręki pędzel.....






Naprawdę nie wiem kiedy poleciały okrągłe trzy godzinki wspólnych śmiechów,zabawy i rozmów,kiedy nasze białe,czyste płótna zamieniły się w kolorową historię.







Zatem
przestań marudzić,tylko weź pędzel i idź pomalować swój świat.
do napisanai!

niedziela, 22 listopada 2015

SZOPA

Większość posesji ma swoje kanciapy na graty.....Wszelkiego rodzaju łopaty,grabie,drabiny...do tej pory,bezczelnie zajmowały mi miejsce w pralni (mojej pralni) lub walały się pod tarasem...teraz mają własne cztery kąty- ładne cztery kąty.
Szopa to mały domek,który został złożony z gotowych części. Wystarczyło pilnie czytać i przestrzegać instrukcji obsługi.
Przylega ona idealnie do jednej ściany domu i wygląda bardzo schludnie.
W przyszłym roku zapewne zostanie pięknie pomalowana,teraz jedynie ją zaimpregnowaliśmy...by przez zimę nie uległa niepotrzebnemu zniszczeniu.









Nareszcie rzeczy w naszym domu zaczynają mieć odpowiednie miejsce.
Jest  pralnia i szopa.....łączenie jednego pomieszczenia tymi dwoma funkcjami,zupełnie nam nie wychodziło.
Trzymając narzędzia w chałupie....ciągle chodziłam i sprzątałam....bo razem z nimi do środka wprowadzał się również ogród.
Jak Wam się podoba,bo mi bardzo.
do napisania!

poniedziałek, 16 listopada 2015

PRALNIA

Tego jeszcze na blogu nie było.
W domu pomieszczenie to zostało kiedyś przez nas wygospodarowane, w trakcie remontu piwnicy.
Dwie postawione ściany,wydzieliły nam tzw w teorii pralnię,a w praktyce graciarnię,w której stała pralka.
Szczerze nie lubiłam tego ,,pokoju gospodarczego,,...i robienie prania było koszmarem.
By dostać się do pralki,często musiałam pokonać wiele przeszkód i zasadzek....przeskakiwać to kosiarkę,to opony,to maszynę....i zawsze coś.























Po cichu czekałam i liczyłam na to,że w końcu  coś się tu wydarzy.
Ku mojemu zdziwieniu,ten dzień nadszedł......
Kurzyło się niemiłosiernie,ale po trzech dniach ciężkich  Janusza zmagań....nasz dom zyskał pralnię....i mimo że podzieliliśmy to pomieszczenie raz jeszcze,zyskało ono więcej miejsca.




Pierwszym ruchem było wycięcie dziury i otworzenie pomieszczenia na resztę piwnicy.
Po co?
A no po to,by ta wyspa pełniła formę małego baru w trakcie imprez. :)
By jednak gdzieś posprzątać,w innym miejscu trzeba było nabrudzić.
















Teraz na środku mojej pralni mogę wywijać piruety.
Jest prosto i czysto....tak jak powinno być już dawno temu.
Co prawda,nie jest to jeszcze efekt końcowy....bo sporo gratów czeka na eksmisję,ale i tak wszystko już wygląda znacznie lepiej i cieszy moje oko.


Na podłodze oraz jednej ścianie zostały położone kafle....resztę ścian zaciągneliśmy klejem.....
Całość pomalowana została na biało.
Żadna mucha już nie siada. :)




Za drzwiami schowana jest pralka,zlew i parę innych bibelotów.




Zawieszone pod sufitem szklanki (niczym w barze),czekają na gości i imprezę.





W końcu robienie prania nie jest moim koszmarem....

Miłego tygodnia Wam życzę... :)
pozdrawiam i do napisania!