Trochę soli , szczypta pieprzu... ciut słodyczy i goryczy.... wszystko w domu wymieszane, nuda, miłość i gadanie.... może wyjdzie,może nie... tak czy owak bliżej poznacie mnie! przedstawiam Wam królestwo moje, na norweskich wodach postawione....

środa, 21 stycznia 2015

BRITISH STORY

Kolejny nadchodzący tydzień zapowiadał się bardzo interesująco. Tylko jeden dzień pracy i bardzo długi weekend. Jakiś czas temu postanowiłam spełnić jedno z wielu marzeń mojego L. i zabrać go na mecz NBA.Jak wszyscy wiemy,tego typu imprezy odbywają się za wielką wodą....a skoro tam to trzeba mieć czas na wielkie przygotowania....choćby w załatwieniu wizy. Na moje szczęście,raz do roku gwiazdy NBA przyjeżdżają do Londynu. A to miejsce jest już w zasięgu naszych samolotów. :)
Wystarczy spakować najpotrzebniejsze rzeczy,parę koszulek,parę skarpet....i w drogę.

      Dla innych dziś właśnie rozpoczyna się  kolejny dzień pracy,a dla nas jest to pierwszy dzień wyprawy po marzenia mojego L. Sama podróż trochę mnie stresuje ze względu na szalejące sztormy i huragany na morzu. Od kilku dni w okolicy wszystkie małe porty są pozamykane,a samoloty wstrzymane. Nasze lotnisko mieści się w Haugesund...a to znaczy,że musimy najpierw tam dopłynąć i dojechać żeby móc polecieć.
- Gotowy?Spakowany?- pytam,cały czas obserwując to co dzieje się za oknem.
- Chyba tak.....musimy już jechać,bo jest bardzo późno.
- Tak...mam nadzieję,że wszystko pójdzie szybko i bez żadnych przygód. Mówią, że dziś przyjdzie kolejny sztorm.
- Wiem....i mam nadzieję,że zdążymy przed...

       Podróż minęła bez zarzutów. Przy promowisku stał prom....wpuszczając już na pokład samochody i ludzi. Nasze auto zostało na parkingu przy porcie,ponieważ mój L. załatwił transport na stopa.
Nie mogę wprost wyjść z podziwu jakie on ma czasem szczęście. Facet,który nas podwoził wracał ze Stavanger do domu i jechał w naszym kierunku. Rozmawiało nam się tak miło, że starszy,miły Pan podrzucił nas pod same drzwi lotniska,nie chcąc od nas żadnych pieniędzy.
Pogoda również nam dopisała i samolot punktualnie wylądował na lotnisku w Stansed.
Byłam bardzo zdumiona,że wyjęłam z torebki już trochę przykurzone okulary przeciwsłoneczne.
-Londyn,znów piękny Londyn.- mówię do siebie patrząc prosto w przejrzyste,niebieskie niebo.
Szeroko uśmiecham się do swojego męża,który sprawdza rozkład kursujących do centrum autobusów.
-Ha....autobus będzie za pięć minut.- mówi L.
W Londynie jesteśmy już któryś raz. Mieszka tutaj nasz dobry kumpel ze szczenięcych lat. Cieszę się bardzo,że za parę godzin będziemy się z nim widzieć. Tyle kilometrów nas od siebie dzieli,a mimo to jesteśmy w stałym kontakcie.
- Nasz Piotr kończy pracę za parę godzin. Co będziemy robić do tego czasu?- pytam,robiąc dziubka.
- Jak to co.....jedziemy na wyprzedaże!- mówi radośnie L.
- Tak...Oxford Street!-krzyczę radośnie,klaszcząc.

      Jakieś dwie godziny później stanęliśmy na tej wielkiej,głośnej,wyprzedażowej ulicy.
Wpadliśmy wręcz do samego centrum piekła ( można tak powiedzieć).
Stojąc na Oxford Circus nie było nam już tak do śmiechu. Żyjąc w Norwegii odzwyczailiśmy się od tak wielkich sklepów,korków i tłumów. Prawie, jak zagubione dzieci staliśmy i rozglądaliśmy się dookoła nie wiedząc w którą stronę iść. Co chwila ktoś trąbił albo nas szturchał mówiąc ,,sorry,,, a
flesze aparatów skośnookich turystów migały dosłownie wszędzie.
-Co robimy?- krzyczę,bo normalnie mówić się nie da.
- Nie wiem....trzeba iść z tłumem.- odpowiada L. wzruszając ramionami.

 

       Po godzinnej próbie wtopienia się w tłum i po kilku właściwie nieudanych wejściach do sklepów,miałam dość. Prawie popłakałam się ze szczęścia,gdy moim oczom ukazał się Piotr.
Cieszyłam się bardzo,że za chwilę opuszczę to miejsce....tą jedną z największych zakupowych ulic na świecie.
Cały wieczór spędziliśmy w fajnej knajpie jedząc pyszną kolacje. Handlowa ulica już nie dźwięczała mi w uszach.Było miło i spokojnie,a knajpę wypełniała nasza wspólna rozmowa i głośny śmiech.
Piotr mimo upływu lat kompletnie nic się nie zmienia. Choć jest już starszy i w tym roku będzie miał magiczną 30...to wciąż marzy jak nastolatek. Lubi mieszkać w Anglii i naprawdę pasuje do tego miejsca.
                                                                 ***

 



     - Hej. Wstawaj.....to już dziś!- mówię do L.- zobacz... znów świeci słońce.
Jest już po dziesiątej. Piękna londyńska okolica o tej porze dnia jest spokojna. Londyńskie, kamienne szeregówki, lewostronny ruch,zapach wielkiego miasta i czerwone dwupoziomowe autobusy napawają moje oczy. Nie macie pojęcia jak fajnie czasem jest fiordy zamienić na coś takiego. Taka miejska natura.

 

    Cały dzień poświęciliśmy zwiedzaniu. Żeby nikogo nie okłamać,zrobiliśmy chyba 17 kilometrowy spacer. Trasa była jednak bardzo przyjemna,a zaczęliśmy ją przy Hyde Park,który jest jednym z kilku królewskich parków w Londynie. Jest to miejsce,w którym można  swobodnie się wypowiadać na temat wszelkich poglądów w imię wolności słowa.Bardzo podoba mi się taka inicjatywa....park przemówień i debat. Ponoć nie wolno mówić tylko nic na temat królowej.
Z Hyde Parku, przez Oxfort Street,czyli najbardziej ruchliwą i zatłoczoną ulicę handlową, plac Trafalgar doszliśmy do Chinatown. Mieści się tu wiele chińskich sklepów i restauracji.Jest to centrum kulturalne i finansowe chińskiej mniejszości zamieszkującej Londyn. Kolejnym przystankiem było oczywiście słynne London Eye ( diabelski młyn) oraz Big Ben. Stamtąd promenadą wzdłuż brzegu Tamizy doszliśmy do Tower Bridge,zwodzonego mostu.Charakterystycznym elementem tego mostu są dwie wieże połączone kładkami dla pieszych,które znajdują się 34 m nad jezdnią i 44 m nad rzeką.
Robi wrażenie.
Stamtąd udaliśmy się już do Areny O2, gdzie odbył się mecz, starcie pomiędzy New York Knicks i Milwaukee Bucks. Już pod halą wszędzie wisiały plakaty NBA Global Games 2015. Mój L. przebierał nogami na myśl o zobaczeniu prawdziwych gwiazd jakimi są Carmelo Anthony, Amare Stoudemire, Brandon Knight czy Giannis Antetokounmpo.
Sam mecz był niesamowitym przeżyciem i nie różnił się niczym od tych, które często mam przyjemność oglądać w tv. Pokazowe wsady,konkursy,cheerleaderki,maskotka Bucks i cała oprawa meczu była bardzo amerykańska.Ja jednak jestem ,,niedzielnym,,fanem tego sportu,wobec czego o resztę szczegółów powinno zapytać się mojego L. Ja byłam szczęśliwa,że sprawiłam mu tyle radości.
Jak można się domyśleć po takim dniu pełnym wrażeń,mimo wielu chęci poimprezowania jeszcze.....nie daliśmy rady....i jak małe dzieci, po przysłowiowej dobranocce,poszliśmy smacznie spać.

 




                                                               
























Ostatni dzień naszej londyńskiej przygody skupiał się już wokół powrotu.
Po porannym zamieszaniu,spakowaniu się,ruszyliśmy w stronę dworca skąd mieliśmy zamówiony wcześniej autobus. Zdążyliśmy jeszcze zjeść pożegnalny obiad z Piotrem i spokojnie usiedliśmy w poczekalni.
- Ale się cieszę....za parę godzin wyściskam naszego psa!- mówię podekscytowana. Wiem,że jest pod dobrą opieką,ale nie lubię jej zostawiać.
- No już niedługo....ale się Lazy będzie cieszyć!- odpowiada L.- Która godzina?
- No już piąta.-mówię wzruszając ramionami- Autobus się spóźnia....
- Spokojnie,mamy dużo czasu....
Po mozolnym zapakowaniu wszystkich walizek oraz pasażerów, ruszyliśmy. Do końca nie wiem jak ten facet prowadził,bo udało mi się trochę zdrzemnąć. Można było wyczuć jedynie wzrastającą nerwową atmosferę wśród pasażerów. Kiedy minęliśmy tablicę informacyjną z napisem Gatwick 15 mil....autobus zjechał na pobocze,a kierowca przemówił:
- Na trasie są ogromne korki,a ja właśnie przekroczyłem limit jazdy i musimy zrobić sobie 45 minutową przerwę. Za utrudnienia przepraszam.
Zdębiałam dosłownie na chwilę po czym złapałam za swoje rzeczy i wyskoczyłam z autobusu jak poparzona.
- Jest siódma! Co robimy?- krzyczę trochę zdezorientowana.- samolot mamy za półtorej godziny!
Niewzruszony kierowca zaczął wypisywać nam jakieś karteczki na podstawie których możemy ewentualnie złożyć na niego skargę.Tylko co to da? Chwilę później z autobusu zaczęli wychodzić inni pasażerowie. Mój L. kłóci się z kierowcą,pasażerowie panikują. Co robić?  Co robić?
Niedaleko nas była stacja benzynowa....więc złapałam za swoje klamoty i biegnę....ile sił, krzycząc za siebie:
- Lecę po taksówkę!.....
Na stację wpadłam jak wariatka i zaczęłam wymachiwać miłemu panu sprzedawcy telefonem przed nosem......
-Zamów taksówkę,proszę,szybko na lotnisko......-dyszę.
Za mną stoi już kilka osób z naszego autobusu,które pytają,czy mogą się z nami zabrać.
-No problem.-odpowiadam.
Chwilę później,taksówka pędziła już autostradą wioząc nas,trzy osoby z Litwy i dwie ze Szkocji.
Jak można się domyśleć...na samolot nie zdążyliśmy! Ani my ani nikt kto podróżował felernym autobusem. Mimo próśb i błagań nie chcieli wydać nam biletów pokładowych....bo stu innych pasażerów nie może czekać...mimo iż do odlotu było jeszcze dwadzieścia minut.
Kolejka znanych mi już osób ustawiła się do punktu informacji by przebukować bilety lub złożyć skargi. Jedni płakali,inni rwali prawie włosy z głowy ze złości. Ja byłam zszokowana,bo nigdy wcześniej nie uciekł nam samolot.
-Co robimy?Jaki plan?- pytam...
- Jest piątek....to może weekend w Londynie?- uśmiecha się L.
Wystarczyło wykonać dwa telefony i chwilę później siedzieliśmy już w autobusie jadącym do naszych znajomych. Cały weekend spędziliśmy w bardzo miłym towarzystwie....a z trzydniowego wyjazdu zrobiły się prawie tygodniowe wakacje. Bogatsi o wrażenia,ubożsi w portfelu, szczęśliwie dostarliśmy już do domu.
Pies szczęśliwy wygrzewa się pod gorącą kozą,a my wycieramy zasmarkane po Anglii nosy.
Było fajnie i niczego nie żałujemy,ale skargę napisaliśmy i mamy nadzieję na małe odszkodowanie.


                                                                 






                                                       KONIEC
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz