Trochę soli , szczypta pieprzu... ciut słodyczy i goryczy.... wszystko w domu wymieszane, nuda, miłość i gadanie.... może wyjdzie,może nie... tak czy owak bliżej poznacie mnie! przedstawiam Wam królestwo moje, na norweskich wodach postawione....

środa, 19 sierpnia 2015

KRÁLÍKY

Będąc na dwudniowym wypadzie z rodzicami mojego L. udało nam się wyskoczyć na chwilę w odwiedziny do sąsiadów.
Wystarczyło tylko wymienić złotówki na korony i przekroczyć granicę w Boboszowie.


Wybór padł na malowniczą miejscowość Králíky leżącą 4 kilometry od granicy z Polską.
Nieduże miasteczko,bardzo czyste i zadbane z uroczym,malutkim ryneczkiem oraz klimatycznymi uliczkami.







 Powód naszych odwiedzin był jasny. Zjeść pyszny,czeski obiad....a dokładnie knedliki.....czyli pospolicie u nas zwane pampuchy ( kluski na parze). Do knedlików koniecznie miała być zasmażana kapusta,czyli zelí. Wielkimi sympatykami czeskiej kuchni jest mój szwagier i jego narzeczona panna A....zatem,gdy usiedliśmy w restauracji,zdałam się na ich wybór. Menu było dla mnie zupełnie niezrozumiałe....za to bardzo zabawne. W swoim życiu w Czechach byłam dwa razy,więc ten język jest mi zupełnie obcy mimo iż ponoć podobny.




 Po dyskusjach,tłumaczeniach i wyborze....podszedł do nas miły Pan i po czeksu mówi:

-Dobrý den .... co dát?
 My głodni zamawiamy, a on nam mówi, że jedzenia z menu dnia już o tej porze nie sprzedają....choć pora jak dla nas całkowicie obiadowa.
Podziękowaliśmy:
- Do widzenia! - krzyknęliśmy i poszliśmy dalej szukać knedli z zelí.
Choć sąsiedzi,po sąsiedzku przyjąć nas nie chcieli.......uważajcie zatem,wybierając się dwa kroki za granicę,na obiadowe pułapki.....bo Czesi w restauracjach obiadów (w małych miejscowościach),w godzinach popołudniowych nie jedzą....za to tłumnie w knajpach siedzą i piją piwo.
Koniec języka za przewodnika.....zapytaliśmy,trochę po czesku,trochę na migi.....
i do fajnej knajpki,przy drodze nareszcie trafiliśmy.


Pan kelner żartowniś wielki....po polsku ładnie gadał....więc z zamówieniami nie mieliśmy problemów....Po niedługim czasie oczekiwania...do stołu przynieśli nam piwo,zupę i upragnione knedle niestety bez zelí....co to były za porcje!


Ceny....zaskakująco niskie....więc po sytym obiedzie,z brzuchami pełnymi...pojechaliśmy wydać ostatnie czeskie korony na łakocie.....czyli máslo pomazankowe. Gdy każdy zrobił zapasy, przyszedł czas powrotu.....nie tyle do kraju,co do Wrocławia.
Trochę zmęczeni,ale szczęśliwi i najedzeni....bezpiecznie wróciliśmy.
I tak zakończyła się nasza dwudniowa przygoda.....Jak widać działo się wiele,bo z kilkudziesięciu wspólnych godzin,powstały trzy obszerne posty....
Dziękuję.
i do napisania!




























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz